wtorek, 13 sierpnia 2013

Zapiaszczone łańcuchy - z dala od morza, czyli dzień drugi

USTKA


Tego dnia mogliśmy sobie pozwolić na nieco dłuższy sen. Budziki zaczęły nas męczyć dopiero o 7:00, więc mogliśmy się wyspać do oporu. Wciągnęliśmy szybkie śniadanie, przygotowaliśmy kanapki, porzucaliśmy kamyki psu i zaczęliśmy się szykować do drogi. 

fot. Marcin


"Franek" Wojtka, fot. Marcin


Postanowiliśmy jezioro Gardno ominąć stroną południową, do czego przekonał nas opis w przewodniku: "...trasa od północy jest bardzo dobra, bo pięć kilometrów prowadzenia rowerów po piasku odsiewa wygodnickich rowerzystów...". Zatem południe.


USTKA - SMOŁDZINO czyli lekki rozruch

Pierwszy odcinek tego dnia okazał się lekki, łatwy i przyjemny. Idealny na rozruszanie nóg, które przejechały dzień wcześniej niemal 130 km. Dodatkowo trasa wiodła przez pola, łąki i lasy, co pozwalało nam cieszyć się widokami. Przez pewien czas jechaliśmy tzw. "Trasą zwiniętych torów". Wiedzie ona starym nasypem kolejowym, dzięki czemu jest płaska, a zakręty nie są ostre. Znajduje się nieco ponad poziomem lasu, więc jadąc nią można podziwiać piękne widoki. 

fot. Karol

Ok. 11:00, po ponad 30 km. Zatrzymaliśmy się na pierwszą przerwę kanapkową. Wcześniejsze przerwy na trasie były jedynie na łyk wody, sprawdzenie trasy i usztywnienie bagażników. 
Pokrzepieni posiłkiem ruszyliśmy dalej, znów z planem ominięcia jeziora (Łebsko) od południa. 

fot. Mateusz

fot. Karol

SMOŁDZINO - ŁEBA czyli piach, bagna i komary

Ze Smołdzina wybraliśmy się w stronę Łeby ok 11:30, planowaliśmy być ok. 14:00 na obiedzie. Zważywszy na dystans jaki nam pozostał i fakt, że nie wybraliśmy trasy przez wydmy wydawało się to sensowne. Wydawało się...

Mniej więcej do miejscowości kluki wszystko szło idealnie. Trasa szła asfaltem, więc tempo było naprawdę niezłe. Popełniliśmy niestety błąd sugerując się mapą samochodową, więc nadrobiliśmy kilka kilometrów, co nie było jednak znacznym problemem. Problemy zaczęły się, gdy szlak rowerowy skręcił w pole. Przez kiepskie oznakowanie skręciliśmy nieco za wcześnie i zaczęliśmy się przebijać przez zapiaszczoną drogę w lesie, która skończyła się na jakimś polu. 
 
fot. Mateusz

Po konsultacji z ciocią nawigacją wróciliśmy na właściwą ścieżkę, ale nie była ona wiele lepsza. Jechaliśmy średnio 10 km/h omijając liczne dziury. Droga przypominała typowe czołgowisko. W pewnym momencie musiałem poprawić siodełko, bo od uderzeń na dziurach przekrzywiło się i zaczęło zagrażać miejscu, któremu zagrażać nie powinno. 


fot. Mateusz

W pewnym momencie czołgowisko skończyło się. Z ulgą powitaliśmy koniec tej drogi. Wjechaliśmy na bagna... Ścieżka była często tak wąska, że nie dało się prowadzić roweru, można było jedynie jechać. Co chwilę ocieraliśmy się o krzaki, co przy moim szczęściu musiało się skończyć kleszczem. O dziwo, nie trafiłem ani jednego podczas całej wyprawy. Gdy ścieżka skończyła się trafiliśmy na kładkę zapomnianą przez Boga i ludzi. Kładka składała się dwóch belek oraz rozpadających się szczebelek. Rower można było prowadzić albo na wysokości belek (po gwoździach), albo pomiędzy nimi (wtedy się łamały). Można też było olać kładkę i iść obok, ale kto by chciał iść bagnem... 

fot. Karol

fot. Marcin

fot. Wojtek


Na szczęście niedługo potem wyjechaliśmy na elegancką drogę, która prowadziła do Łeby na upragniony obiad. Co ciekawe przecięliśmy trasę szlaku pielgrzymkowego Camino de Santiago - co zauważył Michał, który kiedyś w Hiszpanii szedł tą trasą.

fot. Michał


O godzinie 15:00 po 70 kilometrach drogi przez piachy, czołgowiska i bagna dotarliśmy do Łeby. Jako, że byliśmy nad morzem zamówiłem sobie kurczaka (wstyd być nad morzem i nie zjeść kurczaka!). Po obiedzie czas na lody (tak, po obiedzie a nie przed!) i mogliśmy ruszać dalej...

ŁEBA czyli czas decyzji

Podczas obiadu musieliśmy zdecydować czy jesteśmy w stanie dotrzeć tego dnia do Władysławowa (ok 80 km), gdzie czekał na nas darmowy prysznic i nocleg, czy jednak zatrzymamy się gdzie indziej. Mimo naszych wcześniejszych perypetii nie nabraliśmy pokory i wierzyliśmy w sukces. Postanowiliśmy jednak cisnąć asfaltem, żeby nie wpakować się w kolejne bagna, wydmy, itp. 

Dodam jeszcze, że od kiedy poprzedniego dnia wyjechaliśmy z Jarosławca nie widzieliśmy morza. Obiecaliśmy Wojtkowi, że przed zachodem słońca je zobaczy...

ŁEBA - KARWIA czyli 80 km potu

Ruszyliśmy. Trasa wiodła nas asfaltem. Czasem drogami dość mocno uczęszczanymi, co znacznie zmniejszyło przyjemność z jazdy. Kilka razy oczywiście nie skręciliśmy tam gdzie trzeba, więc nadrabialiśmy kolejne kilometry  co po przejechaniu 80-100 już robi różnicę. 

Pierwszy dłuższy postój wypadł między miejscowością Wierzehucino, a Żarnowcem (ok. 30 km od Władysławowa). Stanęliśmy, żeby zjeść baton, wypić wody i poleżeć chwilkę na betonie. W tym miejscu kończy się zapis z GPS'a Karola. Dlaczego? Otóż w ramach zemsty za podobne czyny postanowił on zrobić bratu zdjęcie w momencie, w którym nie powinno się tego zdjęcia robić. Spowodowało to zawieszenie androida. W dawnych czasach mówiło się, że klisza pęka, a dziś. Cóż.



fot. Mateusz

fot. Michał

Zregenerowani ruszyliśmy dalej, ale każdy kolejny kilometr był dość ciężki. Mimo, że dawno przekroczyliśmy 100 km tego dnia, ciągle nie widzieliśmy morza. Odbiliśmy w jego kierunku dopiero za Żarnowcem w miejscowości Krokowa. Ogromnym plusem tego było zjechanie z głównej drogi i mniejszy ruch samochodowy.
Wreszcie po przebyciu 140 km dotarliśmy do Karwii...

KARWIA czyli romantyczna kolacja nad morzem

Do samej miejscowości wjechaliśmy ok. 21:30. Do Władysławowa zostało nam ok 15 km, co oznaczało ok 40-50 minut jazdy. Było już nieco zbyt późno, żeby jechać dalej, więc zdecydowaliśmy na postój tutaj. Kupiliśmy bułki, pasztet i wino, co było idealne na romantyczną kolację o zachodzie słońca.

fot. Karol

Po kolacji doprowadziliśmy rowery do miejsca, w którym zamierzaliśmy rozbić nasze obozowisko. Oprzątnęliśmy je z większych patyków i rozłożyliśmy namioty. Wypiliśmy piwko, porozmawialiśmy o życiu i ok. północy położyliśmy się spać. Byliśmy niemal u celu...

Tego dnia zrobiliśmy ok. 140 km. Dwa odcinki trasy (do zawieszenia się telefonu i po nim), wyglądają następująco:





Inne części relacji:

Część I - prolog
Część II - Dzień zero
Część III - Zapiaszczone łańcuchy - piachem i koparką czyli dzień pierwszy
Część IV - Zapiaszczone łańcuchy - z dala od morza, czyli dzień drugi
Część V - Zapiaszczone łańcuchy - plackiem na plaży czyli dzień trzeci

Relacja Karola:
Szlak rowerowy R10, czyli "co oni sobie do cholery myśleli?"

sobota, 10 sierpnia 2013

Zapiaszczone łańcuchy - piachem i koparką czyli dzień pierwszy

KOŁOBRZEG


Rano budziki były nieprzejednane. Każdy z nas miał je nastawione na 6:30 i nie dało się wynegocjować ani jednej drzemki. Wstaliśmy więc, zwinęliśmy namioty i zaczęliśmy przygotowania do dalszej drogi, tzn. mycie, śniadanie, spakowanie kanapeczek (przygotowanych przez mamę Michała, za co również dziękujemy!). Myślę, że zdjęcia najlepiej pokażą poranną sytuację:
fot. Samowyzwalacz

fot. Marcin

fot. Marcin

fot. Michał

Nie zapowiadało się, żeby pogoda chciała nas rozpieszczać, słońce tego dnia nie miało nas opalać. Mimo to, było dość ciepło i przyjemnie (idealnie na krótki rękawek jak dla mnie). 

Spakowani ruszyliśmy na spotkanie przygodzie. 

KOŁOBRZEG - ŁAZY czyli lekko, łatwo i przyjemnie

Pierwsze dwa odcinki (ok 50 km) pokonaliśmy bardzo szybko, bez większego wysiłku. Trasa prowadziła ścieżką rowerową w bardzo dobrym stanie, więc nawet jadąc dość szybko nie męczyliśmy się specjalnie. Jadąc mogliśmy spokojnie podziwiać z jednej strony morze, a z drugiej lasy, bagna i pola. Trzeba było tu uważać jednak na różne stworzenia, które chciały wlecieć nam pod koła, takie jak wiewiórki, psy, czy ludzie. Przy okazji nauczyłem się, że widząc rodzinę z dzieckiem, należy zwracać uwagę nie tylko na szkraby, ale także na ich rodziców, bo widząc "zagrożenie" potrafią niespodziewane decyzje. Na szczęście mimo, że stworzenia te bardzo chciały zostać rozjechane, udało nam się tego uniknąć.
Pierwszy postój kanapkowy był w Gąskach przy latarni morskiej. Zeszliśmy na plażę, ale wiatr był na tyle silny, że ciężko było tam wytrzymać. Zostali tam tylko najtwardsi zawodnicy, którym było to niestraszne. Nawet ratownicy uciekli ze swoich budek, by grabić piasek przy wydmach. Po krótkiej rozmowie z nimi i kilku zdjęciach ruszyliśmy dalej.

fot. Karol

fot. Karol

fot. Marcin

fot. Karol


Trasa Mielno - Gąski, prowadząca między Bałtykiem, a jeziorem Jamno, była również bardzo przyjemna. Ok. 12:00 mieliśmy kolejną przerwę kanapkową i szacowaliśmy, że do Darłówka dojedziemy za ok 30-40 minut, a obiad planowaliśmy w Jarosławcu. Myliliśmy się...

ŁAZY - DARŁÓWEK czyli zapiaszczone łańcuchy

Od samego początku trasa ta wydała nam się podejrzana. Nie mówię tu o braku ścieżki rowerowej. Nie było nawet ścieżki w lesie, którą dałoby się jechać. Był piach. Dużo piachu. 
Nie zniechęciło nas to. Przecież trasa ta została oznaczona w naszym przewodniku rowerowym, więc to pewnie tylko kilka pierwszych metrów. Pewnie gdybyśmy przeczytali opis: "co prawda trzeba prowadzić rower przez 10 km przez piach, ale jak w połowie drogi się wniesie rower na górę i jest ładna pogoda to widok jest ładny..." to wybralibyśmy się naokoło, ale kto by czytał instrukcje w dzisiejszych czasach ...

Zatem wzięliśmy się za pchanie naszych obładowanych rowerów. Licznik pokazywał zawrotne 5 km/h, a pedał co chwilę zahaczał o nogę. Dodatkowo wiatr, który chciał nas zdmuchnąć, nie ułatwiał wcale zadania. Myślę, że był to najtrudniejszy odcinek na całej trasie.

fot. Marcin

fot. Marcin

Po dwóch godzinach (ok. 14:00) dotarliśmy do Darłówka na upragniony obiad. 

DARŁÓWEK - JAROSŁAWIEC czyli slalom między koparkami

Pokrzepieni obiadem mogliśmy pojechać dalej. Musieliśmy podjąć trudną decyzję, czy jechać między morzem, a jeziorem, czy też przelecieć na około. Z pomocą przyszło Google Maps, które pokazało, że krótsza droga wygląda dobrze. Płyty co prawda nie były co prawda tak dobre jak droga rowerowa, ale w porównaniu do piachu to "ale luksusy"* Chcieliśmy w miarę możliwości unikać asfaltu, więc wybraliśmy tę opcję.

Czekała nas jednak niespodzianka. Okazało się, że droga jest w remoncie. Nie było to jednak dobrze oznaczone, więc uznaliśmy, że pewnie tylko pierwszy kawałek. Postanowiliśmy pojechać kawałek równolegle i dołączyć do drogi nieco później. Za każdym razem witały nas tabliczki "Zakaz Wstępu", więc dzielnie przemierzaliśmy równoległą ścieżkę w lesie. Do czasu, gdy się skończyła...

Znaleźliśmy się w położeniu, gdzie powrót oznaczał godzinę w plecy, a jedyna droga była zamknięta dla ruchu rowerów, a otwarta dla ruchu koparek. Dodatkowo wejście na nią prowadziło po kamieniach. Wnosząc rower, nie trudno było o złamanie/ zwichnięcie/ skręcenie kostki. Mieliśmy nadzieję, że trasa niedługo się skończy, a robotnicy przymkną na nas oko. Udało się! Żadnego z nas nie przejechała koparka (musieliśmy schodzić na kamienie, gdy koło nas przejeżdżały, a nawet wymijały), nikt nas nie wyrzucił, ani nikt z nas nie skręcił sobie kostki. 

fot. Karol

Po zjeździe z tej trasy dotarcie do Jarosławca było już czystą formalnością. Czuliśmy jednak, że na tym odcinku spaliliśmy cały obiad, a przed nami jeszcze 30 km.

JAROSŁAWIEC - USTKA czyli jak rozwalić starą Ładę

Trasę z Jarosławca do Ustki można przebyć na dwa sposoby. Albo z wyprzedzeniem napisać maila do jednostki wojskowej i przejechać krótszą, przyjemniejszą trasą, albo wpaść na ten pomysł dzień przed wyjazdem i nie mieć na to czasu. Zdecydowaliśmy się na drugie rozwiązanie. Jazda asfaltem pozwoliła nam na nadrobienie średniej prędkości, nie była jednak przyjemna. O tej godzinie jednak (ok. 18:00) chcieliśmy tylko jak najszybciej znaleźć się na miejscu, żeby nie rozbijać namiotu po ciemku.
Na trasie nie zdarzyło się nic ciekawego. Za to na postoju...

Postanowiliśmy się zatrzymać ok. 10 km od Ustki na przystanku autobusowym. Zjedliśmy czekoladę, draże i baton i mieliśmy ruszać w dalszą drogę, gdy z pobliskiej szopy wyskoczyła stara Łada (lub coś podobnego). Słowo wyskoczyła pasuje tu idealnie. Pięciu młodych kolesi postanowiło dobić stary samochód jeżdżąc po drzewach/ krzakach/ kamieniach dookoła naszego przystanku. Kilka razy byli blisko przygrzania w nasze schronienie, więc musieliśmy szybko stamtąd się zwijać. Udało się to zrobić, kiedy kilku z nich wysiadło i musiało zamknąć drzwi z buta (nie domykały się po uderzeniu w drzewo).

fot. Marcin


Dalej niepokojeni mogliśmy dotrzeć do naszego celu: Ustki.

USTKA czyli czas spać

W Ustce zatrzymaliśmy się przy biedronce w celu zrobienia zakupów i znalezienia noclegu. Nocleg jednak postanowił znaleźć nas sam i to w bardzo korzystnej cenie (20 zł/os). Tę noc mogliśmy przespać zatem w łóżku. 

Ok 21:00 dołączył do nas Wojtek, który z powodu dręczącej go tydzień wcześniej choroby i natłoku pracy nie mógł z nami ruszyć w czwartek. Co ciekawe nauczyliśmy się, że przy umawianiu się pod biedronką należy założyć, że w danym mieście może być więcej niż jedna :)

Po przyjeździe Wojtka, zjedliśmy kolację, wypiliśmy po browarku i poszliśmy spać.

Podsumowanie dnia I

Trasę dnia I najlepiej pokazuje przebieg zarejestrowany przez GPS Karola:



Inne części relacji:
Część III - Zapiaszczone łańcuchy - piachem i koparką czyli dzień pierwszy
Relacja Karola:


niedziela, 4 sierpnia 2013

Jagoda

 Przerywając chwilowo serię bałtycką, chciałem Wam zaprezentować zdjęcia z sesji z Jagodą. Miłego :)



czwartek, 1 sierpnia 2013

Zapiaszczone łańcuchy - dzień zero

BIUROWY PORANEK


Poprzedniego wieczora pakowanie przeciągnęło się, więc nie wstałem zbytnio wyspany. Mimo podekscytowany czekającą mnie wyprawą ruszyłem do pracy. Ze względu na ilość bagażu jechałem zdecydowanie ostrożniej niż zwykle - nie przejeżdżałem tak często na "późnym żółtym" i nie ścigałem się z każdym napotkanym rowerzystą. Mimo to do biura dotarłem standardowo przed ósmą.

W poprzednim poście pisałem, że wszystko było zaplanowane, gotowe i cudowne. Otóż nie wszystko. Zamówione przez chłopaków sakwy nie chciały dojść. Planowaliśmy wyruszyć ok. 14, a tymczasem o 12 jeszcze nie było ani widu, ani słychu po nich. Mi do szczęścia brakowało gum, które ładnie zepną cały bagaż - sznurki ze spodni nieoczekiwanie nie spełniły swojego zadania. Pasek spełnił.

Na szczęście wszystko wyszło jak na amerykańskich filmach: sakwy przyszły w ostatnim możliwym momencie, więc mimo drobnych stresów mogliśmy spokojnie ruszać w drogę. Każdy z nas w biurze nadał imię swojemu rowerowi (mój "Wesoły Romet", został przechrzczony na "Czołg" podczas samej wyprawy), a zatem mam zaszczyt przedstawić:

"Wesoły Romet" vel. "Czołg" - Marcina

"Pomidor" Mateusza

"Rumak" Michała

KOLEJOWO

Punktem zbornym wybrany został dworzec PKP. Ze względu na to, że jechaliśmy pociągiem miało to jakiś głębszy sens. Pierwotny plan zakładał przejazd TLK ok. 15:30, który na miejscu był ok. 20:00. Niestety próba kupienia biletów rowerowych na pół godziny przed odjazdem nie jest najlepszym pomysłem, więc musieliśmy się zadowolić osobowym, który dobijał do Kołobrzegu dopiero po 22:00.

Na dworcu spotkaliśmy Karola (brata Mateusza) oraz jego rower. Okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Na dodatek był z nas wszystkich najlepiej przygotowany kondycyjnie. Karol prowadzi bloga rowerowego, na którego serdecznie zapraszam: http://www.bikestats.pl/rowerzysta/kalorr
"ORP Niestabilny" Karola


Po drobnych korektach rowerowych (wymiany błotników, dodanie świateł, zjedzenie pizzy) i zakupach na podróż wsiedliśmy do naszego wagonu. Pogoda dopisywała, a dzięki klimatyzacji i dużej ilości wody mogliśmy spokojnie zająć się rozmową:

fot. Michał

fot. Michał

fot. Marcin


DZIAŁECZKA MICHAŁA, CZYLI KOLACJA MISTRZÓW

W Kołobrzegu mieliśmy spać na działce u Michała. Dodatkowo miał na na czekać "drobny poczęstunek". W najśmielszych snach nie oczekiwałem tego co tam zastaliśmy. Ilość i smak tego co na nas czekało skłoniło nas do pomysłu, żeby jednak nie ruszać dalej, a cały weekend spędzić tutaj. Z tego miejsca chciałem podziękować rodzicom Michała za taką gościnę! Dziękujemy!

Po uczcie pozostało nam tylko rozbić namioty, posprzątać po sobie i iść spać, by rano wyruszyć na spotkanie z przygodą...


Inne części relacji:

Relacja Karola:

wtorek, 30 lipca 2013

Daria

Jeszcze jedno zdjęcie z Darią w roli głównej :)
Miłego oglądania :)


poniedziałek, 29 lipca 2013

Zapiaszczone łańcuchy - prolog

Cześć,

Seria, którą chcę Wam przedstawić jest odmienna niż wszystkie poprzednie. Będzie to relacja z wyprawy rowerowej, którą odbyliśmy razem z czterema kolegami. Zdjęcia, które tu wrzucę, pochodzą od wszystkich uczestników wycieczki. Osobiście wziąłem na wyjazd mojego Canona, więc większość zdjęć zrobiłem komórką. Brzmi logicznie, nieprawdaż?

fot. Samowyzwalacz
Pięciu śmiałków, którzy podjęli się wyzwania* (od lewej: Mateusz, Karol, Marcin, Michał, Wojciech)


PRAHISTORIA

Zacznijmy zatem od początku. Dawno, dawno temu Marcin został zainspirowany pomysłem przemierzenia polskiego morza rowerami. W tamtych czasach nie miałem jeszcze roweru i ledwo znałem ludzi, z którymi miałem przemierzyć tę trasę.


HISTORIA NAJNOWSZA

Pewnego słonecznego dnia w biurze Michał wykoncypował, żebyśmy nadmorską trasę zrobili działem aplikacji. Pomysł został ochoczo podchwycony przez całą ekipę. Pozostało jedynie zebranie sprzętu, rozpracowanie tras i zbudowanie formy morderczymi treningami. No i wymyślenie nazwy, bo pierwotna: "Inżynierowie na pedały" nieszczególnie się przyjęła.

Zaczęliśmy zbiórkę sprzętu. Wszyscy, poza mną potrzebowali sakw, Mateusz dodatkowo postanowił wymienić łańcuch. Ja musiałem wymienić jedynie klocki hamulcowe z tyłu, bo podejście "po co mi hamulce skoro mam kask" raczej nie sprawdza się na długich trasach.
Acha. No i Michał nie miał roweru. 

Jeśli chodzi o trasę to pierwotna opcja Świnoujście - Hel wydała się nam niemożliwa do zrobienia w trzy dni, a więcej urlopu cały dział nie mógł wziąć. Przyjęliśmy zatem wariant Kołobrzeg - Hel. Większość trasy chcieliśmy pokonać trasą R10. Szkoda, że nigdzie nie można kupić dobrego przewodnika po tej trasie. Pewni ułatwiłoby to sprawę. Udało się natomiast zdobyć przewodnik z różnymi nadmorskimi trasami. Nie było tam pełnej trasy, ale było to najlepsze co znaleźliśmy. 

TYDZIEŃ PRZED

Sakwy zamówione. Michał skołował rower. Forma zbudowana morderczymi trasami i siateczką. Mateusz wymyślił bardziej odpowiednią nazwę: "Zapiaszczone łańcuchy". Jak się później okazało było w niej więcej prawdy niż byśmy chcieli...

 DZIEŃ PRZED

Po pracy postanowiłem się spakować. Jako, że na głodnego nie ma co zaczynać czegokolwiek, a seriale same się nie obejrzą procedura rozpoczęła się ok 21:30. Trzeba było przytroczyć namiot i karimatę do sakw, więc trzeba było wymyślić jakieś rozwiązanie.
Okazało się, że pasek od spodni i sznurki od dresów są idealne do mocowania sprzętu:
fot. Marcin

Dodatkowo na pokładzie znalazły się: zestaw naprawczy (z łatkami), pompka, 3 zapasowe dętki (ten sezon mnie nie rozpieszczał jeśli chodzi o uszkodzenia opon), aparat, no i oczywiście ubrania. Po raz pierwszy od kiedy pamiętam nie zapomniałem o zabraniu klapek do kąpieli. Było idealnie. Ok. północy mogłem z czystym sumieniem iść spać.
 Cdn.

* pies nie jest częścią grupy, nie jeździł nawet na rowerze,
Ponadto podczas wyjazdu nie ucierpiała, żadna wiewiórka, pies, ani rodzic. Mimo, że bardzo się starali ;]

wtorek, 16 lipca 2013

Daria wiosenną porą

Daria wiosennie :)
Myślę, że Warsztaty w Złodziejewie nie idą w las. Cały czas myślałem, o tym czego uczył nas Leszek (przede wszystkim o szukaniu światła). 
A tymczasem zapraszam do oglądania!

Pozdrawiam!