sobota, 23 sierpnia 2014

Przemierzając Wielkopolskę - Zaczarowana mapa czyli dzień pierwszy

POCIĄG


Plan naszej trasy zakładał rozpoczęcie jazdy z Leszna, a zakończenie jej w Koninie (brzmi dobrze, co nie?). Zdecydowaliśmy się na dotarcie na punkt startu pociągiem, który ruszał o 8:30. Zebraliśmy się kwadrans przed odjazdem, wpakowaliśmy rowery do przedziału bagażowego, pospinaliśmy je razem i poszliśmy ustalać trasę. 


Pociąg trząsł się, zgrzytał i sapał. Mimo tego, ku naszemu zdziwieniu, skład nie rozpadł się i zgodnie z rozkładem wtoczył się na leszczyńską stację.



LESZNO - POCZĄTEK TRASY

Ok. 10 wyciągnęliśmy rowery na zewnątrz i mogliśmy ruszać w trasę. Zostaliśmy jeszcze zaczepieni przez Panią konduktor, która spytała o cel podróży oraz przez Pana konduktora, który stwierdził, że za jeżdżenie po peronie płaci się 100 zł. Widać każdy chciał się podzielić czymś swoim.

Niezrażeni ruszyliśmy dalej do pierwszego pit-stopu, którym była pobliska Biedronka. Zjedliśmy po batonie, kupiliśmy antyrosyjskie jabłko, antyniemiecką bułkę z bananem i wodę. Po prostu wodę. Tak zaopatrzeni mogliśmy zacząć prawdziwą wyprawę. 


Dość szybko wydostaliśmy się z Leszna przejeżdżając obok dwóch firm naszych klientów. Kilka kilometrów jechaliśmy asfaltami, aż w końcu udało nam się wjechać na leśne ścieżki. Znaleźliśmy się w Przemęckim Parku Krajobrazowym. 
Pierwszy postój na trasie odbył się on przy jeziorze Dominickim. Okolica wyglądała jak ulice nadmorskich miejscowości. Pełno było automatów, rowerków, kebabów i kurczaków. Jakby ktoś szukał to znalazł by się także gofer. Ale nikt nie szukał.
Rozbiliśmy się na pomoście przy jeziorze. Mateusz od razu wykorzystał dobrą pogodę i wskoczył do ciepłej i przejrzystej wody. My zdecydowaliśmy, że lepiej jest zająć się wyjadaniem naszych zapasów. Było tak przyjemnie, że nie chciało nam się stamtąd ruszać. Niestety plan dnia na to nie pozwalał. Po pół godzinnym popasie ruszyliśmy dalej.


PRZEMĘCKI PARK KRAJOBRAZOWY

Jechaliśmy przyjemną trasą, w cieniu drzew do Jeziora Białego, które okrążyliśmy. Dalej przecięliśmy Jezioro Wieleńskie i ruszyliśmy w górę mapy, wzdłuż jezior: Olejnickiego i Przemęckiego. Po drodze trafiliśmy na szlak edukacyjny, ale jedynie Wojtkowi chciało się czytać informacje na tablicach. Oznaczenie szlaku było na tyle cudowne, że ścieżka którą jechaliśmy przestała istnieć, a my poruszaliśmy się pomiędzy drzewami. Korzystając z mchu na drzewach, pozycji słońca na niebie i GPSu Karola wyrwaliśmy się na normalną ścieżkę i polecieliśmy dalej.
Nasze żołądki zaczęły domagać się obiadu. Stanęliśmy przy sklepie i dowiedzieliśmy się, że najbliższa restauracja znajduje się kilka kilometrów dalej w Buczu. Budka z kebabem była bliżej, ale delikatnie mówiąc nie wzbudzał naszego zaufania.
Pierwszą reakcją na ową restaurację było "Serio tu chcemy zjeść?". Pani wyglądała na naprawdę zdziwioną faktem, że ktoś chce zamówić jedzenie. Przybytek ten raczej utrzymywał się ze sprzedaży piwa lokalnej ludności. Pomimo naszych obaw schabowy i wątróbka były naprawdę smaczne i świeże. Nasyceni i szczęśliwi mogliśmy zmierzyć się z dalszymi wyzwaniami na ten dzień.
Było ok 16:00, a my mieliśmy za sobą 60 km, czyli prawie cały plan kilometrowy na dziś. Wg zaczarowanej mapy Wojtka powinniśmy tu być po 30, a za kolejne 30 mieliśmy znaleźć się na naszym polu biwakowym. Zapowiadało się ciekawie...


DO CICHOWA

Druga połowa trasy nie obfitowała w ciekawe wydarzenia. Lecieliśmy głównie asfaltem i robiliśmy postoje przy kościołach co 10-20 km. W Wonieściu postanowiłem wykorzystać piękne światło i zrobiłem kilka zdjęć moim ulubionym Startem 66. Film czeka ciągle na wywołanie i jestem na prawdę ciekawy co z niego wyjdzie. 


Po 60 (z zakładanych 30) kilometrach dotarliśmy do pierwszej bazy w Cichowie. Po ciemku znaleźliśmy ośrodek, w którym mogliśmy rozbić namioty. Po wielu obozowych doświadczeniach umiem go rozbijać jedną ręką i z zamkniętymi oczami. Mając do dyspozycji jeszcze ręce chłopaków obóz rozłożyliśmy się ekspresowo. Chęć zjedzenia kolacji i napicia się zasłużonego browarka dodatkowo nas zmotywowały. 
Porozmawialiśmy sobie, skorzystaliśmy z dobrodziejstw ośrodka (prysznica, toalety i prądu) i poszliśmy spać.

PODSUMOWANIE

Zamiast zakładanych 70 km przebyliśmy ok 120 dzięki zaczarowanej skali Wojciechowych map. Pod koniec porównaliśmy ich wskazania z GPSem. Mapa pokazywała 10 km, GPS w linii prostej ponad 20. Szacowanie dnia następnego postanowiliśmy powierzyć cyfrowej technologii.
Dzień był przyjemny. Połowa trasy przebiegała przez leśne ścieżki, blisko jezior, a druga połowa mało uczęszczanymi asfaltami. Pogoda była idealna na rower - nie za ciepło, nie za zimno. Byliśmy ciekawi co przyniesie kolejny dzień. Czy będzie obfitował w przygody?

Zapis trasy na postawie śladu GPS Karola:

INNE CZĘŚCI RELACJI:


RELACJA KAROLA :

Stara Gwardia na szlakach nadwarciańskich

czwartek, 21 sierpnia 2014

Przemierzając Wielkopolskę - Geneza

GENEZA
                 
Rok temu grupa mężnych śmiałków pokonała nadmorską trasę Kołobrzeg – Hel podczas wyprawy nazwanej ZapiaszczoneŁańcuchy. Pewnie niektórzy z Was wiedzą, że takie wydarzenie zostawia na kruchej ludzkiej psychice trwały ślad, więc jeszcze dobrze nie wróciliśmy, a już knuliśmy gdzie by tu dalej pojechać. 

Pierwszym pomysłem była trasa Odra-Nysa po stronie niemieckiej. Po wielu naradach, negocjacjach i uczonych dysputach zdecydowaliśmy się na bardziej lajtowy pomysł – Parki Krajobrazowe Wielkopolski. Trasa zakładała ok. 60 km dziennie, opalanie i drinki z palemką. Były mapy z dokładnie wyznaczonymi szlakami i noclegami. W porównaniu z zeszłorocznym pchaniem przez 10 km przez piach zapowiadało się luźno. Ale czy tak było?

W trasę tę wybraliśmy się w składzie z zeszłego roku powiększonego o liczne grono nowych zapaleńców zwabionych naszym poprzednim sukcesem. A raczej byłoby powiększone, gdyby wszystkim pasowało. Ale nic to. Za rok na bank się uda. W sumie nie powinno się zmieniać zwycięskiego składu.


Od lewej: Karol, Mateusz, Marcin, Michał, Wojtek
fot. Karol

Potrzebna była jeszcze epicka nazwa wyjazdu. Chcieliśmy nawiązać do poprzednio-rocznej (stąd pomysł na "Zabłocone Łańcuchy"), ale Inżynierowie na Pedały 2014 jakoś bardziej chwyciła w tym roku. Tak czasem bywa.

SEZON PRZYGOTOWAWCZY

W tym roku mam zdecydowanie bliżej do pracy niż w zeszłym, więc same dojazdy nie dawały mi takiego przygotowania jak poprzednio. Trzeba było przedsięwziąć pewne kroki w celu zbudowania formy. 

Raz w tygodniu po pracy z Mateuszem uderzaliśmy na rowerach w różne rejony Poznania. Udało nam się odkryć dzięki temu kilka naprawdę fajnych tras, które mogę Wam spokojnie polecić.

Najczęściej uderzaliśmy na Strzeszynek, Kiekrz ze względu na mały dystans jaki mamy z naszej pracy. Trasa jest fajna jeśli chodzi o liczbę kilometrów, fajne widoki i przyjemne drogi. Po objechaniu Kiekrza wracamy przez Strzeszynek na Rusałkę i Sołacz. Po przejechaniu zaledwie 40 km mijamy cztery jeziora, a sporą część trasy jedziemy drogami/ szlakami rowerowymi.

Srebrny medal ulubionych szlaków przyznaliśmy trasie na Jezioro Swarzędzkie. Jedziemy przez Maltę, Staw Olszak, Browarny, Młyński i Antonienk. Następnie objeżdżamy Jezioro Swarzędzkie i wracamy z powrotem. Razem z dojazdem z pracy i do domu wychodzi mi ok. 50 km. Rewelacyjna trasa z super widokami. Spokojnie mogę polecić każdemu.

Absolutnym czempionem jest jednak dojazd do Puszczykowa. Jedziemy ścieżką wzdłuż Warty, która jest wręcz genialna. Wąska, kręta ze wspaniałym widokiem na rzekę. Jedyną trudnością, jest przejazd przez piaszczystą drogę, która przywodzi na myśl Diunę. Kilka razy musiałem zsiąść z roweru, żeby sprawdzić czy nie zaatakuje nas Czerw Pustyni. Poza tym większość czasu jedzie się przyjemnym leśnym duktem.

Po przejechaniu tych wszystkich tras na liczniku miałem ok. 1200 km (licząc od początku roku), co dało niezły wynik i wróżyło dobrze na nadchodzący wyjazd.


PAKOWANIE

Ze względu na to, że upłynniłem Rometa (zwanego również Czołgiem), a nabyłem zupełnie nowe cudo, musiałem kupić nowy bagażnik. Dodatkowo chciałem wyposażyć się w nowy śpiwór – taki, który nie będzie zajmował mi całej kieszeni w sakwie. Termin dwóch dni przed wyjazdem wydawał się najbardziej rozsądny na takie rzeczy. O dziwo obie te rzeczy dostałem od ręki, więc mogłem być spokojny. 

Po założeniu bagażnika z objuczonymi sakwami mój rower dostał jakieś -15 do lansu. Z dodatnich punktów pozostały jedynie punkty ciężaru. I to całkiem sporo. Jego masa zaczynała niebezpiecznie zbliżać się do masy zeszłorocznego Czołga. Pewnie nie powinienem był brać mojego zapięcia, które zapewne wcześniej służyło do przywiązywania najbardziej rozjuszonych byków na całym pastwisku. 

Niemniej jednak, niewzruszony tym, nie chciałem* nic zmieniać. Przygoda nadciągała.

fot. Ja

*Czyt. Nie chciało mi się.

niedziela, 27 lipca 2014

Natalia...

... czyli jak dać się pogryźć komarom i docenić złotą godzinę :)








wtorek, 15 lipca 2014

Alicja

Sesja z Alicją sprzed kilku tygodni :)







niedziela, 22 czerwca 2014

Kasia

Niedawna sesja z Kasią. Co ciekawe Kasi robiłem jedne z moich pierwszych sesji, jeszcze w czasach licealnych. Teraz, po 7 latach, mamy powtórkę z rozrywki.
Jak to wyszło? Oceńcie sami :)






niedziela, 18 maja 2014

100-tny wpis

Powinienem to zrobić dokładnie na moje urodziny, żeby zrobić takie kombo jubileuszów. Jednakże wtedy byłem zajęty dochodzeniem do wniosku, że warto kupić błotniki do roweru, więc jakoś mi to z głowy wyleciało ;]

Ale do rzeczy. Ostatnio udało mi się wywołać i obrobić zdjęcia z sesji z początku tego roku z Gabi.
A oto i one:



niedziela, 4 maja 2014

Tym razem Morasko

Nie udało mi się skończyć filmu w Australii* więc wybrałem się na pobliskie Morasko w poszukiwaniu architektury. Efektem jest 1 i 2. Smacznego:



*Australia to tam gdzie kangury, Zulusi, weissbier i wiener schnitzel