niedziela, 15 marca 2015

Asia

Rok "sesyjny" zacząłem z ok. półtoramiesięcznym opóźnieniem. Myślę jednak, że warto było czekać.
Wejście było mocne od rewelacyjnej sesji z jeszcze bardziej rewelacyjną Asią.
Zdjęcia cyfrowe i analogowe (robione Mamiyą rb67).







wtorek, 30 grudnia 2014

High hopes of 2014

Czas odpowiedni nastał, aby napisać podsumowanie Roku Pańskiego 2014.
Fotograficzne podsumowanie rzecz jasna.

W tym roku najwięcej się działo w kwestii portretowej. Zrobiłem 11 sesji i zabrakło naprawdę niewiele, żeby utrzymać średnią jednej miesięcznie...
Ale nie o ilość tu przecie chodzi, a o jakość. A jakość była. Współpracowałem ze wspaniałymi dziewczynami, z których każda wniosła świeżość do moich fotografii. Dzięki! Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda się stworzyć z Wami coś nowego :)

Społeczeństwo wymaga ode mnie, żebym wytypował swoje zdjęcie roku, ale lekko nie będzie. Nie wiem czy problemem jest ilość pięknych dziewczyn, które oglądałem przez wizjer mojego aparatu czy też narcystyczne samouwielbienie... niemniej jednak nie byłem w stanie wybrać jednej fotografii.
Nadludzkim wysiłkiem wybrałem klika z nich:




fot. Marcin

Nie samymi portretami człowiek żyje i czasem zdarza mi się zawiesić wzrok na jakimś budynku. Tak też powstało zdjęcie o wyszukanym tytule "1". Do niego powstało zdjęcie "2", ale w tym przypadku 1>2.
fot. Także Marcin

Kolejną bardzo ważną dla mnie tradycją jest zdjęcie mojego Taty. Wybór jest szalenie trudny, bo robi niezliczoną ilość świetnych fotografii. Tu jednak udało mi się dokonać niemożliwego i wybrać ujęcie, które najbardziej zapadło mi w pamięć.

fot. Mirosław Kotlarek



Rok 2014 można śmiało uznać za udany. Myślę, że udało się spełnić pokładane w nim wielkie nadzieje - tak naprawdę nie było takich nadziei nie było, ale jakby były to by zostały spełnione.
Niestety apetyt na nadchodzący rok wzrósł znacznie i wielkie nadzieje bardziej pasowałyby do przyszłorocznego podsumowania. Zapewne będę musiał sobie poszukać innej piosenki, żeby znaleźć ucieszny tytuł. Ale tym będzie się martwił Kotlet z przyszłości.

Tyle z mojej gadaniny. Spokojnego i udanego nowego roku!
Miłego :)

Z pozdrowieniami,
Marcin


niedziela, 14 grudnia 2014

Kasia

Z przerażeniem odkryłem, że nie wrzuciłem tutaj zdjęć z sesji z Kasią.
Kasia na co dzień stoi po drugiej stronie obiektywu, ale raz na jakiś czas daje się sfotografować.
Dla dobra ludzkości ;)





środa, 3 grudnia 2014

Ala

Sesja studyjna z Alą o pięknym uśmiechu.
Sesję sponsorował kolor czerwony :)





piątek, 14 listopada 2014

Daria

Sesja z Darią. Miała miejsce już dawno temu, jednak jeszcze czekałem na wywołanie filmu. No i opłacało się. Dwa pierwsze są właśnie analogowe. 
Zapraszam do oglądania :)




wtorek, 2 września 2014

Przemierzając Wielkopolskę - Konińskie perełki czyli dzień trzeci

KAWUSIA


W niedzielę wstaliśmy zdecydowanie wcześniej niż poprzedniego dnia. Mieliśmy do pokonania kolejne 50 km (wg map, a jakże), a pociąg odjeżdżał ok. 17:00. Żwawo zwinęliśmy obozowisko, zjedliśmy resztki naszego prowiantu - które mogły wystarczyć jedynie na dotarcie do najbliższego spożywczaka i szykowaliśmy się do odjazdu. Chwilę później przyszedł właściciel ośrodka i ku naszemu zdziwieniu (przypominam, że spaliśmy tam za darmo) zaproponował nam kawę. Była to już druga moja kawa w tym roku, więc pomyślałem, że muszę nieco przystopować. Co za dużo to nie zdrowo.

Niemniej kawa była bardzo smaczna i była zapowiedzią dobrego dnia.


PYZDRY

Wyruszyliśmy ok. 8:30 z poczuciem, że są na tym świecie jeszcze dobrzy ludzie. Może nie ma ich wielu, ale  jednak są. My zaś pragnęliśmy się nasycić, a pobliska miejscowość o nazwie kojarzącej się z Janosikiem zwiastowała sklep z jedzeniem. Droga była dość spokojna, przyjemna, więc szybko łyknęliśmy 10 km. Same Pyzdry przywitały nas psami wielkości konia* śpiącymi przy drodze. Wzdrygnąłem się, gdy je zauważyłem, jednak te chyba już wcześniej zjadły innego rowerzystę, więc nie były nami zainteresowane. 

Odbiliśmy przy kościele do centrum i poszukaliśmy czegoś do zjedzenia. To znaczy, chłopaki poszukali. Ja skupiłem się na strawie duchowej i zrobiłem kilka zdjęć moim ulubionym Startem. Uliczki przywodziły na myśl włoskie miasteczka i nie mogłem się powstrzymać przed wyciągnięciem aparatu. Nasyciwszy duszę postanowiłem napełnić również żołądek. 

Oczywiście okazało się, że pieczywo nie dotarło jeszcze do sklepu i oczywiście ich samochód podjechał tuż po naszych zakupach. Ja poszedłem tradycyjnie w jabłka, rogaliki i batony. Karol postanowił wypróbował hot-doga do samodzielnego montażu, który ponoć był nie najgorszy. Pewnie podgrzany byłby lepszy, ale w trasie nie można wybrzydzać. Po śniadaniu ruszyliśmy raźno w dalszą drogę.


WAŁY PO RAZ DRUGI

Zaraz po wyjeździe z miasta wróciliśmy na wały. Początkowo nie były one zbyt przyjazne ze względu na okoliczne rośliny smagające nas po nogach. Na szczęście nie trwało to długo i mogliśmy się swobodnie cieszyć widokiem na Wartę. Skorzystaliśmy więc z owego widoku żeby strzelić sobie grupową fotkę. Skorzystaliśmy też z roweru Mateusza jako statywu, więc spostrzegawczy czytelnicy dostrzegą na zdjęciu jedynie cztery. Mniej spostrzegawczy tego nie zauważą.

fot. Karol

KU KONINOWI

Wały pożegnały nas w okolicach Białobrzegu Ratajskiego, zaczął się natomiast asfalt. Tempo było przyzwoite, a droga niezbyt ruchliwa. Jedynie wysoka temperatura mogła zaburzyć tę sielankę. Ale nie zaburzyła. 

Czasu było sporo. Pit-stopy wypadały mniej więcej co 10 km, więc nie przemęczyliśmy się zbytnio. Z ciekawszych miejsc minęliśmy Zagórów, który przywołał nostalgiczne wspomnienia u Michała oraz Rzgów, w którym odbywały się akurat Kolorowe Jarmarki. Zbliżające się widmo niechybnej pizzy skłoniło nas do niezatrzymywania się na nich i popędzenia ku przeznaczeniu.

MIASTO DOZNAŃ

W mieście upał dawał się jeszcze bardziej we znaki niż na trasie. Paliło wręcz niemiłosiernie. Żeby nie narażać się na dalsze spieczenie postój zdjęciowy nad Wartą ograniczyliśmy do minimum i popędziliśmy do znalezionej w internecie pizzerii. Wojtek był optymistą: "na pewno jest nieczynna". Nie zważając na te słowa dotarliśmy pod wskazany adres, który okazał się garażami pośrodku niczego. Na szczęście znaleźliśmy nr telefonu do owego przybytku i wypytaliśmy o drogę. Po udzieleniu szczegółowych instrukcji, jak tam dojechać dowiedzieliśmy się, że w sumie to mają remont i sprzedają tylko na wynos. Punkt dla Wojciecha.

Na szczęście w Koninie działa więcej niż jedna pizzeria i nawet była ona niedaleko. Niestety zanim dokonaliśmy zamówienia przyplątała się miejscowa alkoholiczka w poszukiwaniu 2 zł, tudzież małego browarka. Uraczyła nas przy tym historią swojego życia, z której jedna połowa była zmyślona, a druga była kłamstwem.
Smak i zapach pizzy pozwolił nam szybko zapomnieć o owym incydencie. Do pociągu było jeszcze sporo czasu, więc pojechaliśmy szukać chłodu w cieniu pobliskiego parku.



Udało nam się znaleźć źródełko wody w postaci węża przerobionego na fontannę do schładzania ludzi. Zanim strażacy zwinęli swój sprzęt, skosztowaliśmy trochę ochłody. Później Wojtek zarządził relaks w parku. Każdy miał za zadanie poleżeć i porelaksować się przez pół godziny przed pociągiem. Na tym etapie Konin również nie zawiódł, ale tę przygodę Karol opisał na tyle barwnie, że nie zamierzam nawet próbować konkurować. 

Tak czy owak, nastał w końcu czas na pójście na peron.

KOLEJOWO

Ostatnią niemiłą przygodą, która nas spotkała było nasze PKP. Pani konduktorka wysłała nas na koniec pociągu, natomiast pan konduktor na początek. Dodatkowo opieprzył nas za to, że śmieliśmy kupić bilety na rowery, skoro w składzie nie ma na nie miejsca. Moja wrodzona dobroć kazała mi poszukać innych określeń na tego pana niż cham i prostak. Jednakże w tym przypadku szukałem, a nie znalazłem.





Przydział incydentów na ten dzień zakończył się wraz z opuszczeniem stacji Konin. Dalsza podróż mijała spokojnie, tory znikały za horyzontem i już po godzinie byliśmy na dworcu w Poznaniu.

YOU SHALL NOT PASS

Poznań powitał nas nieco chłodniejszą pogodą i wielką burzową chmurą. Nie traciliśmy więc wiele czasu na pożegnania i każdy ruszył żwawo w swoją stronę. Chmura robiła się coraz większa i coraz bardziej zwiastowała potężną ulewę. Starałem się wykrzesać z siebie resztki sił, żeby jak najszybciej znaleźć się pod bezpiecznym dachem. Dawałem z siebie wszystko, choć przysięgam, że słyszałem jak wiatr krzyczał do mnie "You shall not pass!". 
Tym razem jednak szczęście uśmiechnęło się do mnie, a ulewa wyczekała, aż wejdę do mieszkania. 

I tyle. Wycieczka dobiegła końca...

PODSUMOWAŃ CZAS

Przez trzy dni zrobiliśmy ok 280 km (licząc z dojazdem z i do dworca w Poznaniu). Trasy były bardzo przyjemne, a noclegi minęły pod znakiem wesołych rozmów przy piwku. Było też trochę przygód w postaci krów, dresów, przejazdów przez tory, ucieczek przed leśniczym, i innych takich. Wróciliśmy nieco zmęczeni, nieco spieczeni, ale radośni. 

W całej tej sielance jedno pytanie nie daje mi jednak spokoju. Gdzie jedziemy za rok?



INNE CZĘŚCI RELACJI:


RELACJA KAROLA :

Stara Gwardia na szlakach nadwarciańskich



* no, może MINIMALNIE przesadziłem

środa, 27 sierpnia 2014

Przemierzając Wielkopolskę - Wałami Warty czyli dzień drugi

OBÓZ

Dnia drugiego obudziliśmy się skoro świt o godzinie 9:00. Dla pewności poleżeliśmy jeszcze godzinkę i zaczęliśmy się ogarniać. Dzień zapowiadał się na gorący i leniwy. Nasze ruchy dostosowały się do niego idealnie, więc zanim się ogarnęliśmy zastała nas niemal 11:00. 

Przed wyjazdem stwierdziłem, że wczoraj mimo długiego dystansu było mało "advenczeru" - przygód, które moglibyśmy pozostawić dla potomnych. Ci, którzy oglądają dużo filmów wiedzą co przynoszą takie słowa...





DO ŚREMU

Zapowiadana temperatura powili zaczynała dawać o sobie znać. Z tym większą ulgą przywitałem leśną drogę i cudowny chłód lasu. Czar prysł dość szybko i wróciliśmy na otwarte pola. Po 10 kilometrach zrobiliśmy krótki postój na kontrolę mapy. Postój przy sklepie. Kupiliśmy tam po batoniku. I drożdżówce. I lodzie. 

Ostatecznie w miejscowości Dalewo, przy orliku spędziliśmy ok. godziny. Leniwe powietrze nie mobilizowało. Niemniej jednak do pokonania mieliśmy jeszcze 40 km (wg zaczarowanej mapy), więc w końcu zebraliśmy się do kupy i pognaliśmy do Śremu, gdzie mieliśmy wjechać na Nadwarciański Szlak Rowerowy.

W Śremie mieliśmy ostatnią okazję na zrobienie zapasów żywnościowo- wodnych. Kupiliśmy jabłka, batony, bułki i wodę. Będąc prawdziwymi mistrzami planowania uznaliśmy, że najmądrzej będzie wciągnąć wszystko na miejscu. 

Pobłądziliśmy chwilę po samym mieście, spytaliśmy pięciu osób o drogę, zrobiłem zdjęcie armacie i wjechaliśmy na nasz Szlak. Początek był na prawdę rewelacyjny. Ścieżka prowadziła wzdłuż Warty w cieniu drzew, który tego dnia był dobrem deficytowym. 


WAŁAMI WARTY

Kiedy opuściliśmy miasto ścieżka rowerowa zmieniła się w wał przeciwpowodziowy. Można by uznać, że trasa była malownicza, gdyby nie brak jakiegokolwiek cienia na odcinku 40 km. No dobra, co 10 km zdarzało się drzewo, które zasłaniało słońce na fragmencie wału.

Takie kombo bardzo raniło moją cerę (bo po co brać olejek z filtrem na rower) i wyciągnęło ze mnie siły szybciej niż 120 km poprzedniego dnia. Dodatkowo nasze zapasy żywieniowe ograniczały się jedynie do kilku herbatników skitranych przez Wojtka, który okazał nieco lepsze gospodarowanie pożywieniem. Mieliśmy co prawda wodę, ale jej zapasy topniały dość szybko w takim skwarze.




Pod koniec wału spotkała nas pierwsza atrakcja tego dnia. Były to krowy wypasające się na wale. Oczywiście musieliśmy przystanąć na sesję z mućkami. Miało być z tego zdjęcie grupowe, ale zanim Karol wyciągnął swój sprzęt, nadbiegły psy pasterskie, które zapędziły krowy na pastwisko poniżej. Mimo, że były one wielkości średnio wyrośniętego lisa (psy, nie krowy), radziły sobie zaskakująco dobrze z półtonowymi zwierzakami.
Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej mijając zamyślonego pasterza.


(NOT SO) FAST FOOD

Po 40 km przy lejącym się z nieba żarze poczuliśmy potrzebę obiadu. Zbliżające się Nowe Miasto nad Wartą zwiastowało niechybne napełnienie żołądków. Nie mogło być jednak zbyt łatwo. Pierwsza restauracja chciała nas przyjąć na obiad, ale nie w zatrważającej liczbie pięciu(!) osób. Oczywiście powiedzieli nam to jak mieliśmy już spięte rowery zachęceni "oczywiście, że można się zatrzymać na obiad". Zażenowani sytuacją pomknęliśmy do kolejnej knajpy, którą wskazał internet. Okazała się zamknięta od pół roku. Widać w Nowym Mieście się nie jada.
Uratował nas nieśmiertelny kebab, który jest wszędzie, jest zawsze otwarty i zawsze ma duży przerób - legendy mówią, że w sercu Amazońskiej puszczy też jest buda z kebabem, ale być może to tylko plotki. Po kebabie przyszedł czas na lody na Orlenie. Ze względu na dużą koncentrację dresów na metr kwadratowy (jak się później okazało było tak w całej okolicy) i pamiętne "Synu. Jebnij basem!" (autentyk) ulotniliśmy się stamtąd jak najszybciej.

WPŁAW PRZEZ WARTĘ?

Upał zelżał, a ja czułem, że znów mogę pokonywać mile. Następnym punktem naszej trasy była przeprawa promowa. Internet nie wiedział w jakich godzinach kursuje, więc liczyliśmy na fart lub pobliski most kolejowy jako plan B.

Po kilku kilometrach (w miejscowości Wolica Kozia) mijająca nas para zaproponowała nam zobaczenie pobliskiej wieży widokowej. Mimo niemal 200 km w nogach postanowiliśmy zobaczyć, o co z nią chodzi. Przejrzystość powietrza była dość dobra, więc zapowiadało się nieźle. Dzięki tej przejrzystości mogliśmy idealnie zobaczyć otaczające wieże korony drzew - jej szczyt był idealnie na wysokości koron. Serdecznie gratuluję wykonawcom/pomysłodawcom projektu. 

Pokrzepieni wiarą w dobre inwestycje ruszyliśmy dalej. Drogę umilił przyjemny las i mniej przyjemne drechy rzucające K. i Ch. z Golfa. Mniej więcej w tym miejscu przykra przygoda spotkała mój licznik rowerowy. Po kolejnym zawieszeniu się (tak, chodzi o to proste urządzenie z kilkoma funkcjami i nie, nie wiem jak coś tak prostego mogło się zawiesić) bez możliwości restartu, zaliczył bliskie spotkanie z asfaltem. Po 1500 km razem zapewne powinienem powiedzieć, że będzie mi go brakowało. Ale nie powiem.

Tak czy owak dotarliśmy do promu, który w soboty kursuje w godzinach 6-10. Osoba, która projektowała tę trasę rowerową prawdopodobnie nie sądziła, że ktokolwiek nią pojedzie. Tyle w kwestii farta. Pojechaliśmy w stronę mostu kolejowego. Jazda po starych deskach ok. 10 m nad powierzchnią ziemi/wody skutecznie wypełniła niedostatki "adwenczeru" wyprawy. 

POSZUKIWANIE OBOZOWISKA

Ni stąd ni zowąt zrobiła się 20:00 i nadszedł czas, by szukać miejsca do spania. Asfaltami dotarliśmy do Czeszewa, które na mapie miało namalowany namiocik. Znajdowały się tam aż dwa pola biwakowe. Do jednego prowadził prom (ten aż do 18:00), a w drugim odbywała się impreza disco polo. To jeszcze może byśmy przeżyli, ale jak wspominałem wcześniej kręcąca się ogromna ilość drechów skutecznie nas zniechęciła. Pozostała opcja rozbicia się na dziko. 

Wyjechaliśmy z Czeszewa i wbiliśmy w pobliskie lasy w poszukiwaniu polany do rozbicia się na dziko. Zaraz za nami do lasu wjechał leśniczy, który niezbyt dyskretnie (ciężko dyskretnie w nocy jechać jeepem po lesie) podążał naszym śladem. Ogromna ilość komarów nie pomagała w planowaniu dalszych kroków, więc postanowiliśmy, że pojedziemy dalej i zobaczymy co się stanie. 

Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło po tym jak uśmiechnęliśmy się do Pana w Ośrodku Dolina Warty. Pan pozwolił nam rozbić się na terenie ośrodka, udostępnił toalety, prysznic oraz miejsce na ognisko. Coś takiego pozwala odzyskać wiarę w ludzi. Sam ośrodek wyglądał naprawdę imponująco - przemyślany, zadbany, myślę, że spokojnie można go polecać. 

Ogarnęliśmy się, wciągnęliśmy grilla, wypiliśmy piwko i poszliśmy spać. Ot co.

PODSUMOWANIE

Tego dnia zrobiliśmy jedynie 80 km, jednak upał wyciągnął ze mnie więcej sił niż poprzednie 120 km we względnym chłodzie. Myślę, że nawet leżenie na plaży przy takiej temperaturze wyciągało by siły, więc taki dystans był niezłym wyczynem. Dzień sam w sobie był jednak o wiele ciekawszy niż poprzedni, obfitował w kilka przygód, a zakończenie zaskoczyło nas wszystkich. Co przyniesie ostatni odcinek wyprawy? Kolejna część relacji niebawem. Zapraszam

Zapis trasy na postawie śladu GPS Karola: